Press "Enter" to skip to content

BROŃ MASOWEGO ROZPROSZENIA
ks. Łukasz Piórkowski

Liczba bodźców atakujących człowieka w każdej sekundzie przekracza współcześnie możliwości jego percepcji. Sukces odnoszą ci, którzy z kakofonii informacji potrafią wyłowić oraz przetworzyć najwięcej i najszybciej. Dziś źródła bodźców są potężniejsze niż kiedykolwiek, bardziej inwazyjne i wszechobecne. Człowiek próbuje się do tego dostosować, usiłuje nadążyć. Niemniej, w czasach wszechobecnego nadmiaru informacji i treści, niektórzy z nas, przedstawicieli „wysoko rozwiniętych społeczeństw” zaczynają odczuwać lęk. Sprawy, które niegdyś były proste, dziś stały się bowiem nadmiernie skomplikowane, a zalew bodźców, jakich doświadczamy, obcując z popkulturą i nową technologią, nie pozwala na ich właściwą selekcję, namysł i interpretację. Kiedy urodził się mój dziadek, ekskluzywny liniowiec należący do towarzystwa White Star Line od sześciu miesięcy spoczywał na dnie Atlantyku. O istnieniu „niezatapialnego” Titanica i jego katastrofie dowiedział się dopiero jako kilkuletni chłopiec, od jednego z kupców krążących od miasteczka do miasteczka. Przywozili nie tylko materiał na ubranie do kościoła i proszek do czyszczenia zębów, ale przede wszystkim wieści ze świata. Informowali o tym, co się tańczy, jak się ubiera na krakowskich salonach, ale też o tajemniczym gazie, którym Niemcy, podczas wielkiej wojny, zabili kilka tysięcy francuskich żołnierzy. Wieści napływały w rytmie kupieckich wozów. Dziadek przeżył dwie wojny światowe i stan wojenny, o którego ogłoszeniu dowiedział się z telewizora z dwoma programami. Dożył czasów, gdy istniało już kilka kanałów informacyjnych, ale twierdził, że to dla niego za dużo, że nie nadąża. Obecnie toniemy w zalewie wiadomości, dusimy się od ich nadmiaru.

Co rusz słyszę o tym, jak to „w dzisiejszych czasach” ludzie uzależnieni są od informacji. Słyszę i uśmiecham się pod nosem, bo z tym uzależnieniem jest troszkę tak, jak z potrzebą aktywności, która jest przyrodzonym stanem organizmów żywych. Nie ma sensu pytać, dlaczego ktoś jest aktywny. Jest aktywny, bo żyje i tyle. Podobnie jest z potrzebą informacji. Jest to jedna z najbardziej podstawowych potrzeb – w każdym razie szczególnie u człowieka. Uśmiecham się więc, kiedy słyszę o dzisiejszym uzależnieniu od informacji, bo ani ono dzisiejsze, ani uzależnienie. W takim samym sensie moglibyśmy powiedzieć o uzależnieniu od tlenu czy od wody. U człowieka zaobserwować można dwie szczególne przypadłości: preferencję nowości, czyli znudzenie starym oraz ciekawość. Tak więc poszukiwanie nowych informacji oraz dyskomfort z powodu ich braku jest tak stare, jak gatunek Homo sapiens.

Ktoś powie, że dziś przybiera ono niewyobrażalne rozmiary. Ktoś inny doda, że przecież kiedyś ludzie nie sprawdzali co kilka sekund telefonu, czy komputera, nie siedzieli godzinami na internetowych portalach, nie zaczynali dnia od włączenia elektronicznych nosicieli nowych wiadomości. To prawda, nie siedzieli kiedyś przy telefonach i komputerach, bo ich nie mieli. Za to siedzieli przy płotach, na przyzbach, wystawali w oknach i wypatrywali obcych, wędrowców, listonoszy, domokrążców, a szczególnie obieżyświatów bywających tam, gdzie inni nie bywali. Po co? Bo byli nosicielami nowin i zmieniającej obraz świata wiedzy. W omawianej kwestii nowe są dzisiaj tylko narzędzia komunikacji i gromadzenia informacji – przede wszystkim elektroniczne środki komunikacji, które z ogromną prędkością rozsiewają nowości: prawdę i fikcję. Jeszcze kilkanaście lat temu telefon i komputer osobisty były luksusem, na który niewiele osób mogło sobie pozwolić. Dziś nie wyobrażamy sobie życia bez stałego dostępu do Internetu, a nasze torby i kieszenie wypełniają smartfony, notebooki, e-czytniki. Fakt! Nowe technologie rzeczywiście bardzo nas rozpraszają i sprawiają, że wciąż przenosimy uwagę na coraz to nowsze informacje. Zatem jak cyfryzacja zmieniła nasze codzienne życie, prace, relacje?

Czytaj dalej w aktualnym numerze „Głosu Karmelu”