SPRAGNIENI
Maciej Jaworski OCD

Modlitwa w drodze” to lejtmotyw tegorocznej serii rozważań wokół modlitwy. Skąd taki tytuł? Nie tylko dlatego, że autor często jest w drodze, ale ponieważ życie jest drogą, a modlitwa nie jest tylko aktywnością ust, przestrzeganiem rytuałów, czy nawet poruszeniem serca, ale przeżywaniem z Bogiem realnego, choć często skomplikowanego życia w drodze. Nie będę mówił o etapach modlitwy, ile raczej o tym, że w różnych momentach drogi, różnie Boga pragnę, różnie go szukam i potrzebuję, różnie dziękuję i przepraszam, jak i różnie odkrywam Jego obecność. Jednak droga modlitwy to nie tylko podążanie w duecie – Bóg i ja, ile raczej w chrześcijańskim tercecie – Bóg, bliźni i ja. Dlatego też do rozważań o modlitwie osobistej będę się starał zapraszać bliźniego.

Spragnieni

Czy tęsknota jest nostalgią za czymś utraconym czy raczej pragnieniem czegoś jeszcze niezdobytego? Przeżywaniem przeszłości czy też przyszłości? A może możliwością przeżywania teraźniejszości? Tęsknota ukryta w niespełnionym sercu może stać się pragnieniem za czymś więcej, w końcu za Kimś. Prawdziwie modli się tylko człowiek stęskniony i spragniony, a trudniej modlić się sytemu i płytko spełnionemu.

Spragniony Bóg

„Człowiek jest tęsknotą Boga, jest celem Jego miłości” – pisał święty Augustyn. Kiedy byłem przejazdem na Pustyni Nubijskiej, gdzie panował niemiłosierny skwar, horyzont oddalony bardziej niż zwykle, brak rozpraszających obiektów, choć nie był to czas rekolekcji, doświadczyłem ważnego dla mnie odkrycia. Kiedy chce się bardzo pić, nie chce się zbytnio jeść. Kiedy pragniesz wody, nie myślisz ani o cukierkach, czerwonych buraczkach czy nawet dobrym piwie. Wiesz, że pragniesz jednego i wiesz, czego pragniesz. Bo pragnienie porządkuje pożądania. Bóg w swoim pragnieniu, stęskniony jest właśnie za jednym – spotkaniem ze swoim umiłowanym stworzeniem. Nie jest rozproszony ani rozrywany sprzecznymi pragnieniami, ale skoncentrowany na jednym. To Bóg pierwszy modli się pragnieniem spotkania mnie i mojego brata. Modlitwa bowiem zaczyna się w Nim.

Kiedy normandzka nastolatka weszła w niedzielę do katedry św. Piotra w Lisieux, w bocznej kaplicy, z modlitewnika wysunął się obrazek ukrzyżowanego Chrystusa. Teresa usłyszała nieustannie rozbrzmiewające w jej sercu Chrystusowe Pragnę. Tym pragnieniem była tęsknota Boga za oddalonym, choć nie utraconym swoim stworzeniem. Teresa dopowiada, wspominając to wydarzenie: „Paliło mnie pragnienie”. Dlatego paliło, gdyż odkryła, że najpierw paliło ono serce samego Boga. Nie tylko dlatego zapłonęła silnym pragnieniem o zbawienie grzeszników, że przestraszyła się wiekuistych kar dla potępionych, ale dlatego, że odkryła, w jaki sposób może napoić spragnionego Umiłowanego.

Obserwując ludzi tłumie gromadzących się przy nielicznych źródłach wody w Afryce, zobaczyłem na własne oczy, co to znaczy, że studnia w rozumieniu biblijnym oznaczała miejsce spotkania. Patrząc na spragnionych ludzi, widać, jak źródło wody gromadzi ludzi we wspólnotę, gdzie czasami się przepychają, a często po prostu razem ze sobą spędzają czas, napełniając swe puste plastikowe stągwie. Idą i napełnią, wiedząc, że wrócą tu ponownie do źródła. Bóg, źródło dla spragnionych, jest spragniony tych powrotów i spotkań. To jakby z głębin tej studni woła: „Pragnę waszych powrotów”. Bóg pragnie pierwszy i właśnie to Boże pragnienie przyciąga i rozbudza tęsknoty w sercu człowieka. Podlewając kwiatki na grobie starszego brata na cmentarzu w Lipinkach, bawiłem się jako dziecko nad płytką studnią, szukając odbicia własnej twarzy i wsłuchując się w echo wracających słów. Teraz jako dorosły wiem, że to nie echo odpowiada, że to nie własna twarz się w niej odbija. To Bóg sam, jako pierwszy pociąga człowieka, zaprasza, pragnie, z głębin głębszych niż cmentarna studnia, z żyjącego serca.

Stęskniony Człowiek

„Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu” – pisał święty Augustyn. Przed laty uczestniczyłem w pieszej pielgrzymce. Pod koniec dnia, umęczeni podchodziliśmy na wzgórze klasztorne, widząc już wieżę sanktuarium. Siły wracały, gdyż cel ukazywał się na wyciągnięcie ręki. Ostatnie 500 metrów było istnym slalomem między odpustowymi straganami. Charyzmatyczny przewodnik naszej grupy zarządził tzw. zamykanie zmysłów, aby nie rozproszyć się na końcu drogi. Kazał nie patrzeć, nie wąchać, nie odczuwać wszelkich pokus około odpustowych. Zapatrzony w autorytet prowadzącego, posłuchałem. Gdy zamknąłem oczy, straciłem z widoku wieżę kościoła i coraz bardziej zacząłem odczuwać woń pieczonych kiełbasek, a nawet odgłosy ich zasmażania. Zamiast prawdziwej wieży, zacząłem dostrzegać coraz bardziej wyimaginowane kulinaria, będąc bombardowany z lewa i prawa ich autentyczną obecnością. Wtedy zrozumiałem jedną zasadę, że jedno głębokie pragnienie porządkuje wiele płytkich pożądań. Trzeba więcej pragnąć, aby mniej pożądać. Ojciec Święty Franciszek w przemowie na Uniwersytecie w Bolonii, w kontekście kulturowego zamieszania w świecie i chrześcijańskiej nań odpowiedzi, przypomniał dwie mityczne postaci Odyseusza i Orfeusza. Pierwszy, aby nie ulec uwodzicielskim śpiewom syren, które oczarowywały jego żeglarzy, co kończyło się katastrofą statku, postanowił przywiązać się sam do masztu, a żeglarzom nakazał zatkać uszy, by nie ulegali pociągającej zwodniczej muzyce syren. Orfeusz zaś, by nie ulec muzyce syren, sam je uwiódł własną, jeszcze bardziej czarującą pieśnią. Oto dwa sposoby radzenia sobie z różnymi tęsknotami. Wydaje się, że obydwa są konieczne w zależności jednak od etapu i kontekstu życia, ale druga jest jakby bardziej twórcza i może wydobyć z człowieka coraz więcej dobra, piękna i prawdy. Bo śpiew człowieka spragnionego, czyli jego piękne życie, jest najbardziej ujmujący, bo jest echem najgłębszej jego tęsknoty za ukrytym Bogiem.

Nie wystarczy pragnąć, by wzrastać w modlitwie, chodzi o to, by pragnąć coraz prawdziwiej. Wysoko, ale nie abstrakcyjnie, by modlitwa nie była ucieczką od rzeczywistości; nie za nisko, by modlitwa nie stała się banalnym spełnieniem; ani wyłącznie „na nie”, by modlitwa nie stanowiła jedynie oręża w walce ze złem, bo jest czymś więcej niż walką. Modlitwa jest pragnieniem spotkania, które systematycznie przemienia spragnionego. Stęskniony więc człowiek pragnie samego Boga, ale tego Wcielonego, który również pragnie być spotkany w twarzy bliźniego.

Najbardziej mistyczne przeżycie świętej matki Teresy z Kalkuty miało miejsce nie w kaplicy i w ciszy, ale na peronie kolejowym, w niewyobrażalnym tłumie i hałasie, gdzie Bóg objawił się w fizycznym pragnieniu ubogiego. To Bóg Wcielony w nim pragnął. To dyskretne pragnienie stało się głośniejsze od wrzaskliwego tłumu, jak bicz przebiło się przez zwarty tłum i dotknęło serca wrażliwego. Teresa raz dotknąwszy pragnienia Boga, sama zapragnęła i ruszyła w drogę. Ekstaza stała się pielgrzymką. Stęskniony człowiek, który przeżył choć raz autentyczne doświadczenie duchowe, nie tyle tęskni za nim ponownie, ile biegnie i pielgrzymuje, by spotkać Tego, który mu się objawił – pozwolił się nieco zbliżyć do siebie. To droga do przebycia, by zakochanie stało się miłością, tęsknota – pragnieniem, a duchowe doświadczenie – drogą wiary.

Benedykt XVI, mistrz odkrywania tajemnic Bożych, nauczał: „Nie chodzi zatem o to, by stłumić pragnienie, które jest w sercu człowieka, lecz by je wyzwolić, aby mogło osiągnąć swoją prawdziwą wzniosłość. Kiedy w pragnieniu otwiera się okno na Boga, jest to już znak obecności wiary w duchu, wiary, która jest łaską Boga. Święty Augustyn twierdził: «Poprzez oczekiwanie Bóg zwiększa nasze pragnienie, poprzez pragnienie zwiększa ducha, a poszerzając go sprawia, że staje się bardziej pojemny»”. W dalszej części katechezy dodał, że „dynamika pragnienia jest zawsze otwarta na odkupienie. Nawet wtedy, gdy idzie ono błędnymi drogami, kiedy goni za sztucznym rajem i zdaje się tracić zdolność dążenia do prawdziwego dobra. Również w otchłani grzechu nie gaśnie w człowieku iskra”. To w spragnionym człowieku jest iskra spragnionego i niespokojnego serca, jest krzyk żebrzący o Boga. To w spragnionym człowieku modli się Bóg, bo – jak mawiał Pascal – „Człowiek nieskończenie przerasta człowieka”.

„Nasze pragnienia zawsze się modlą, choćby wargi milczały” – pisał święty Augustyn, który mówi wprost, że już samo pragnienie jest modlitwą. „Kto pragnie Boga i spoczynku w Nim, nawet jeśli jego język milczy, śpiewa i modli się jego serce. Kto nie pragnie, może wołać do woli, ale dla Boga pozostaje niemy.” Jeśli pragnienie jest nieustanne, to i modlitwa staje się nieustanna, niezależnie od przyjmowanych zewnętrznych form. Ojciec Cantalamessa modlitwę pragnienia porównał do rzek krasowych, gdzie odcinkami woda płynie w korycie rzeki, przenikając krasowe podłoże, drąży jaskinie i wypływa w innym miejscu, aby kontynuować bieg w kierunku oceanu. Z modlitwą pragnienia jest podobnie: w relacji do Boga i bliźniego pragnienia są wyraziste i widoczne, innym razem skryte i tajemnicze, jakby niedostrzegalne, by znowu wypłynąć na powierzchnię z zaskakującej zimnej skały. Najważniejsze, że woda jest w obiegu. Tak, gdzie pragnienie jest żywe, tam człowiek jest w drodze.

Przemierzając półpustynne tereny Etiopii, obserwowałem imponujące chińskie inwestycje drogowe. To, co zaskakiwało mnie najbardziej, to budowy zbyt dużych mostów nad szerokimi wyschniętymi korytami. Pomyślałem: „Cóż za rozrzutność”. Kierowca autobusu, szybko uświadomił mnie, czym są tzw. rzeki sezonowe. Gdy wpatrywałem się w nieistniejące rzeki, pomyślałem o wyschniętych pragnieniach. Jak wtedy się modlić, gdy woda nie przeniknęła głębiej i nie wydrążyła tajemniczych jaskiń, odpłynęła, zostawiając po sobie wyschnięte koryto. Wystarczy jedynie czekać na kolejny deszcz. Modlitwa, to odkrycie, że moje życie jest czymś więcej niż koryto rzeczne, że jest łaską uczestniczenia w całym obiegu wody – od deszczu przez rzeki po ocean. Bo nie jestem tylko suchym korytem, ale też tęsknotą za deszczem i pragnieniem dopełnienia w oceanie.

Maciej Jaworski OCD, misjonarz, rekolekcjonista, pisarz, reportażysta.