OD “PODOBA MI SIĘ” DO “KOCHAM”
Antonio Kaddissy OCD

Elżbieta od Trójcy Świętej urodziła się pod koniec XIX wieku, żyła i umarła jako karmelitanka bosa w wieku XX, została zaś ogłoszona świętą Kościoła Powszechnego w wieku XXI. Minęło ponad sto lat od jej śmierci, a jej osoba, życie i przesłanie nieustannie przyciągają wiele osób, zarówno świeckich, konsekrowanych jak i kapłanów, a nawet tych, którzy są poza Kościołem. Czytając jej pisma – przestrzeń, w której w doskonały sposób ujawnia się jej osoba i doświadczenie – dzięki przejrzystemu, a zarazem bardzo głębokiemu językowi spotykamy postać, która swym życiem przekazuje bardzo aktualne przesłanie. Potrafi ono dotknąć również rzeczywistości, które wypełniają życie codzienne. Obserwując prowadzone przez nas rozmowy, dialogi, nasze sposoby wyrażania się itd. zauważamy, że należymy do świata, w którym dominującym kryterium wyrażenia własnej opinii lub odczucia, kryterium podejmowania decyzji, czy też dokonywania jakichkolwiek wyborów jest sformułowanie „podoba mi się”. Stopniowo i powoli zajmuje ono coraz więcej przestrzeni naszego codziennego życia. Dajemy mu przyzwolenie, by zastępowało głębokie „kocham”. Różnica jaka istnieje między tymi dwoma sformułowaniami polega na tym, że w pierwszym z nich ukryte jest ryzyko. W tym, co osoba robi, mówi, planuje, decyduje i realizuje, będzie się opierać tylko na uwarunkowanym przez uczucia subiektywizmie. Drugie wyrażenie może być natomiast świadectwem odnalezienia głębokiego sensu w podmiocie, wobec którego formułowane jest owo „podoba mi się”, i z którym wchodzę w relację.

Rzeczywistość ta nie była obca Elżbiecie od Trójcy Świętej. Aby zrozumieć tytułowe przejście od „podoba mi się” do „kocham”, jakie się w niej dokonało, spróbujmy przyjrzeć się temu, o czym sama pisze w tekście Wielkość naszego powołania: „…sądzę, że aby dojść do idealnego życia duszy, trzeba żyć w nadprzyrodzoności. Trzeba sobie uświadomić, że Bóg jest w najgłębszym naszym wnętrzu i do wszystkiego iść z Nim. Wtedy nigdy nie jesteśmy banalni, nawet wykonując najzwyklejsze czynności, gdyż nie żyjemy w tych rzeczach, ale je przekraczamy”. Właśnie w tym tekście, który napisała pod koniec życia, Elżbieta odsłania z jaką głębią przeżywała codzienność i każdą rzecz, jaką ta przynosiła: własne talenty, towarzystwo, przyjaźń innych, wakacje, Karmel itd.

Ta młoda święta przez podziw dla natury, pośród której zazwyczaj spędzała wakacje, nauczyła się poznawać i kochać dzieła oraz obecność Boga ukrytą w Jego stworzeniach. Natura była przestrzenią, dzięki której dojrzewało w Elżbiecie głębsze spojrzenie na sekretną dłoń Boga, nadającą z mądrością całemu wszechświatu jedyny i niepowtarzalny kształt, pozostawiając w nim zarazem ślad Swej obecności. W tekstach, w których Elżbieta opowiada o swych wędrówkach, wybrzmiewa jej podziw dla wydrążonej skały, dla niezmierzonych jezior i mórz, dla wodospadów, gwałtownie spadających ze skał i gubiących się w głębinach przepaści, dla wysokich gór i źródeł ukrytych w grotach. Podziw, który stopniowo przemieniał się w stan zakochania. Elżbieta rozkochiwała się w Bogu przez dzieła, jakich dokonywał w przyrodzie oraz w bycie ludzkim. W jednym ze swych listów, odnosząc się do Pirenejów, napisała: „Myślę, że nie będę mogła bez nich żyć” (List 326). Ten stan rodził w jej wnętrzu nieustanne echo, w którym wybrzmiewała zapisana w jej pamięci cała panorama natury.

Przejście od „podoba mi się” do stanu rozkochania się w dziele Boga widoczne jest również w Ostatnich rekolekcjach Laudem Gloriae. Wyraża w nich jedność pomiędzy tym, co wcześniej kontemplowała w przestrzeni przyrody, a tym, co łączyło jej osobę z Bogiem w tym właśnie momencie. Pisze: „Najpierw dusza powinna «paść na twarz», zanurzyć się w przepaści swojej nicości, pogrążyć się do tego stopnia, że znajdzie pokój prawdziwy. Wtedy będzie mogła «adorować». Adoracja, ach, to jest słowo z nieba! Wydaje mi się, iż można je określić ekstazą miłości. Jest to miłość przytłoczona pięknością, mocą, ogromną wielkością Przedmiotu umiłowanego. Wydaje mi się, że w tej postawie adorującej dusza upodabnia się do tych studni, o których mówi św. Jan od Krzyża, które przyjmują «wody spływające z Libanu», i można, patrząc na nią, powiedzieć: «Bystrość rzeki rozwesela miasto Boże»”.

Przyjrzyjmy się również temu, jak Elżbieta przeżywała swe talenty, a konkretnie jeden z nich – talent muzyczny. Grała na pianinie, uczyła się śpiewu i komponowała muzykę. Będąc jeszcze nastolatką, świecką, dużą część swego dnia poświęcała muzyce. Spędzała z nią cztery godziny. Z jednej strony ją uwielbiała, z drugiej – rozwijała w ten sposób i udoskonalała otrzymany talent. Pisała: „Moja przyjaciółka ma cudowne pianino. Jestem nim zachwycona. Posiada fantastyczny dźwięk, spędzałabym przy nim godziny. Towarzyszę kuzynce Gabrysi, która bardzo dobrze gra na skrzypcach; jej mąż jest wyśmienitym pianistą. Gramy razem na cztery ręce”.

Spróbujmy się przenieść wraz z Elżbietą od tego momentu, w którym wyraża w liście swój zachwyt, do późniejszego czasu, a konkretnie do ostatnich dwóch miesięcy jej życia. Pisze: „Dusza, która ustępuje swemu «ja», która zajmuje się swoją wrażliwością, która kręci się wokół niepotrzebnych myśli i przeróżnych pragnień, to dusza, która rozprasza swoje siły, nie jest całkowicie ukierunkowana na Boga. Jej lira nie drga unisono i kiedy Mistrz jej dotyka, nie może z niej wydobyć boskiej harmonii, jest w niej jeszcze bowiem zbyt dużo tego, co ludzkie. Rodzi się dysonans. Dusza, która w swoim «wewnętrznym królestwie» zachowuje jeszcze coś dla siebie i która nie skoncentrowała wszystkich swych władz w Bogu, nie może być doskonałą pochwałą [Jego] chwały… Zamiast z prostotą wyśpiewywać Jego chwałę we wszystkim, co robi, ciągle musi stroić struny swego instrumentu, które nieustannie rozbiegają się na różne strony” (Ostatnie Rekolekcje 3).

Między dwoma przytoczonymi fragmentami istnieje pewna różnica. W pierwszym – instrumentem jest pianino. W drugim – jest nim sama Elżbieta. To ona staje się instrumentem. Aby uniknąć dysonansu i dotrzeć do stanu harmonii potrzeba stałego wysiłku oraz obecności dobrego nauczyciela. W odczuciu Elżbiety, jej życie winno odzwierciedlać zarówno harmonię istniejącą pomiędzy Bogiem a nią, jak i tę, która zamieszkuje jej wnętrze, a która towarzyszy jej w relacjach ze światem zewnętrznym. Jej śpiew powinien się przemienić w pochwałę majestatu Boga, to znaczy, powinien stać się przestrzenią, w której wyśpiewywane są cuda, jakich Pan dokonuje w jej osobie. Pisze: „wydaje mi się, że «pieśń nowa», która najbardziej może zachwycić i uwieść mego Boga, jest pieśnią duszy ogołoconej, uwolnionej od samej siebie, w której Bóg może odbić to wszystko, kim On jest, i czynić to wszystko, co chce. Ta dusza trwa pod Jego dotknięciem jak lira, a wszystkie jej dary są jak inne struny, które drgają, aby wyśpiewywać w dzień i w nocy sławę Jego chwały!” (tamże 35).

Bóg objawił się Elżbiecie w jej talencie. Mówił jej językiem, a ona, dzięki muzycznemu słuchowi, mogła usłyszeć nuty melodii, którą sam skomponował dla jej życia. Wiele w życiu Elżbiety rozpoczynało się od owego „podoba mi się”. Nie chciała się jednak na tym zatrzymać. Zaangażowała się, by przeżywać codzienne sprawy, kierując spojrzenie na to, co nadprzyrodzone, na to, co ponad. Dla niej, odpowiedzią stał się Bóg. Bóg jest źródłem i celem wszystkiego. On jest Centrum i jest w centrum wszystkiego. On jest Prawdą zamieszkującą i dającą się odkryć we wszystkim, co nas otacza.

Elżbieta zakochała się w Bogu i za Jego pośrednictwem nauczyła się rozkochiwać w Jego dziele, które odkrywała i kontemplowała nie tylko w sobie samej, ale w całym wszechświecie. Aby móc się tego nauczyć, potrafiła zostawić w swym wnętrzu wolną przestrzeń. Tam przede wszystkim szukała Źródła wszystkiego. Obyśmy i my mieli odwagę kształtowania w sobie tej wolnej przestrzeni. Tylko w niej będziemy mogli uczyć się miłości do codziennych spraw, jakie wypełniają nasze życie, bo będziemy się mogli rozkochiwać w Źródle ich wszystkich.

Antonio Kaddissy OCD, karmelita bosy pochodzący z Libanu. Ukończył studia z filologii arabskiej oraz studia licencjackie z zakresu teologii duchowości na uniwersytecie Comillas (Madryt). Obecnie żyje we wspólnocie Karmelitańskiego Instytutu Terezjańsko-Sanjuanistycznego w Awili (CITeS – Uniwersytet Mistyki). Tam też podejmuje pracę wykładowcy.