MIŁOŚĆ SIĘ STARZEJE
Iwona Pasławska-Smęder

Długo się zastanawiałam zanim usiadłam do napisania tego tekstu, choć temat jest mi bardzo bliski, wręcz codzienny. Kiedy pomyślałam, że mam opowiedzieć coś o miłości między dwojgiem ludzi, ogarnęła mnie nieśmiałość. Bo przecież każdy z nas w tej kwestii jest ekspertem. Każdy z nas kochał, kocha, być może jeszcze będzie kogoś kochać. Każdy z nas przez kogoś był lub jest kochany. I są to miłości różne, mniej lub bardziej udane czy szczęśliwe. Myślę, że nie będzie zuchwałością, jeśli stwierdzę, że każdy z nas zastanawiał się nad miłością, zgłębiał jej treść i tajemnicę. I pewnie w tym kochaniu jesteśmy w różnych miejscach i okolicznościach. Ja chciałabym pokazać swoją perspektywę, opowiedzieć, jak rozumiem i przeżywam miłość teraz, gdy jestem po czterdziestce.

„Miłość się starzeje. Starzejemy się my. Miłość starzeje się jednak inaczej. Z czasem nie przybywa jej zmarszczek. Nie traci kondycji. Z wiekiem jest coraz młodsza. A w chwili naszej śmierci prowadzi nas do łona. Tam, gdzie ma swój początek.” Postaram się teraz wytłumaczyć z tych słów. Żyjemy w czasach, kiedy podkreśla się konieczność bycia młodym, szczęśliwym, atrakcyjnym, silnym i bogatym. Smutek i brak kreatywności są w ogólnej pogardzie. Internetowa dostępność niemal całego świata często tworzy iluzję, że wszystko możemy i wszystko jest w naszym zasięgu. Tym wymaganiom i wyobrażeniom podlega również miłość – relacja między dwojgiem ludzi. Oczekuje się, że przez cały czas będzie ona tak samo ekscytująca, głęboka i zadowalająca. Jeżeli dzieje się inaczej, jeżeli okazuje się, że w naszym przypadku nie dość, że nie jest ona tak atrakcyjna, ale wręcz chora i kaleka, to wyłania się myśl, że najlepiej z niej zrezygnować i poszukać nowych inspiracji. Przy pojawiającym się problemie rodzi się chęć ucieczki, bo przecież nie tak to miało być. Ona nie miała przytyć 30 kilogramów, on nie miał siedzieć z nosem w komputerze, ono nie miało być niegrzeczne i pyskate. Można mnożyć przykłady rozczarowań i rozgoryczenia. Te wymienione wyżej są dość trywialne, a przecież w życiu niejednego z nas pojawiają się poważne: on nie miał być alkoholikiem, ona nie miała mieć raka, ono nie miało być homoseksualne. Przychodzi do miłości cierpienie, znudzenie, gniew. I co wtedy? Powstaje wątpliwość: a może to nie miłość? Chcemy uciec.

Złapani w pułapkę kultu młodości i piękna wyobrażamy sobie, że nasza miłość też musi być taka i tylko taka, że nie może być brzydka, niepewna, słaba. I kiedy domagamy się od naszej miłości, by była idealna, ona zaczyna od nas odchodzić – bo nie znajduje miejsca w naszych sercach, głowach i rękach. Serca wypełnia wtedy żal, wściekłość, czasem rozpacz. W głowach pojawiają się pretensje, niezrozumienie, a ręce przestają być gotowe do okazywania czułości – czasem może nawet wymierzają sprawiedliwość, bo nie tak miało być.

Zmiana jest czymś naturalnym i nie ma prostych recept na to, jak się z nią uporać. Można potraktować ją jak szansę. Kiedy pokonujemy nasz lęk, powstający w sytuacji, której się nie spodziewaliśmy – stajemy się bardziej szczęśliwi i wolni. Nasze niespełnione oczekiwania i pominięte racje przestają tak uwierać. Stają się jak zaklęcie otwierające sezam i pojawia się przed nami skarb. Drugi człowiek – prawdziwy: dobry i zły, kochający i egoistyczny. To nieprzywiązywanie się nadmiernie do swoich racji i oczekiwań jest pewną formą akceptacji drugiego i swoistego rodzaju aktem przebaczenia. Niekiedy bardzo trudno jest pozwolić najbliższym, by kochali nas po swojemu. Dynamika miłości się zmienia, nasze oczekiwania się zmieniają, i docieramy w sobie do pokładów, których wcześniej świat nie widział, których sami nie widzieliśmy. Czasami się słyszy: „on się zmienił, ona stała się nieznośna, już mu na mnie nie zależy”. A może to jest tak, że w momencie, kiedy bardzo się staramy zaspokoić potrzeby ukochanej osoby, wkładając w to całe serce i wszystkie siły – a pomimo to druga osoba nadal jest niezadowolona lub wprost ma do nas pretensje, po prostu się wycofujemy. Czujemy się niewystarczająco kompetentni w kochaniu, mało wartościowi, beznadziejni. A przecież nie chcemy tacy być. A gdyby potraktować miłość inaczej i pozwolić jej, by była jak dorastające dziecko, które się zmienia, buntuje, rani, kwestionuje i mimo to, wciąż pozostaje dzieckiem swych rodziców.

Kiedy się rodzi – jest dla nich rozkoszą. Kiedy wpatrzone w oczy matki lub ojca z największą czułością mówi, że kocha ich najbardziej na świecie i pozrywa dla nich wszystkie stokrotki świata – ze wzruszenia płyną im łzy. Kiedy idzie do szkoły, kiedy się uczy – napawa ich dumą. Kiedy dorasta, pyskuje, podważa ich autorytet – budzi wściekłość. A kiedy tysiące przebytych z nim rozmów nie przynoszą żadnych rezultatów – rodzi się poczucie bezsilności i bezradności. Gdy jednak choruje, uruchamia w nich takie zdolności do poświęcenia, których sami się w sobie nie spodziewali. Miłość jest jak dziecko, otwiera w nas to, co najpiękniejsze a jednocześnie – niekiedy – uwalnia w nas potwora. Wiedząc zatem, że nie można ukształtować dziecka – krwi z naszej krwi, kości z naszych kości – według określonej matrycy, czy możemy tego żądać od naszej miłości, skoro wydarza się między dwojgiem obcych sobie ludzi?

Pozwólmy miłości, by się zmieniała. Nie musimy się bać, gdy osłabnie, czy zachoruje. Jeśli przychodzi taki moment, że nie możemy patrzeć na ukochaną wcześniej osobę, to wcale nie oznacza, że mamy ją porzucić. Może potrzebne jest sanatorium, pomoc specjalisty? Kiedy gaśnie namiętność, nie traktujmy z politowaniem pojawiającego się przywiązania, jak rzeczy gorszego sortu. Pokochajmy tę naszą miłość, mimo że kryje w sobie paradoks – jest stała i zmienia się. Zmienia się, ponieważ my się zmieniamy. Zmienia się ten, który kocha i ten, którego kochamy. Niekiedy te zmiany są trudne, czasem się ich boimy. Są jednak również takie, które cieszą. Kochając, musimy się oswoić ze zmianą. Osoba, którą kocham, zmienia się bowiem każdego dnia. I ja każdego dnia uczę się kochać. Miłość się zmienia, ale się nie kończy. Im bardziej jest doświadczona, tym szybciej dociera do źródła. Starość jej służy, z wiekiem robi się silniejsza.

Kiedy kochasz, pomyśl czego szukasz w miłości. Kim jesteś w tej relacji? Czy tym, kim chcesz być? Czy może męczysz się staraniem o to, by być takim, jakim chcą Cię widzieć inni? Jeśli zechcesz popatrzeć na siebie bez lęku, łatwiej będzie Ci uwierzyć w dobre intencje drugiej osoby. Staniesz się lepszy dla samego siebie, a zarazem drugiemu łatwiej będzie Cię kochać. Pozwól kochać innym tak jak potrafią, pozwól się obdarować bogactwem drugiego człowieka. Daj się zaskoczyć. Kiedy się kocha, odczuwa się potrzebę mówienia mnóstwa niedorzeczności jak powtarzała św. Teresa z Lisieux. „Żyć miłością to skarbu w sobie strzec, w sobie, czyli w kruchym naczyniu. Moja słabość, Ukochany, jest skrajna” – napisała święta Teresa z Lisieux. Tak mówi doświadczenie, tam gdzie działają liczne sprzeczności, tam też rozkwita największa nadzieja jak mawiał święty Ignacy Loyola.

Iwona Pasławska-Smęder, pedagog i psychoterapeuta. Prywatnie żona i matką. Lubi żeglować i gotować, ma szczególną słabość do kuchni włoskiej, zakochana w kulturze Bałkanów.