Press "Enter" to skip to content

POTRZEBUJĄCY
Maciej Jaworski OCD

W poprzednich dwóch tekstach widzieliśmy, jak spragnieni (Bóg i człowiek) nawzajem się poszukają. Dziś, spojrzymy na ich potrzeby, które mogą stać się motorem modlitwy. Potrzebować pomocy to nie grzech, raczej szansa, by spotkać drugiego z jego własną potrzebą ofiarowania. Bo kiedy brak napotyka dar, a potrzebujący ofiarującego, następuje głębokie spotkanie – modlitwa.

Klasa wypełniona po brzegi. Setka nowicjuszy z dwunastu zgromadzeń, siedmiu afrykańskich narodowości, słucha uważnie, z reguły przytakując. Pewnego dnia mówiłem o ich ukrytym skarbie, nawet ci bardziej rozproszeni wrócili mentalnie na wykład. Gdy jednak zacząłem tłumaczyć, że skarbem jest ich twarde życie i wymagające dzieciństwo, zgodnie jak nigdy zaoponowali wyraźnym pomrukiem – przecież bieda to przekleństwo. I wtedy poczułem się jak biały nauczyciel mędrkujący o bogactwie cudzej biedy. Bo brak może stać się wartością pod warunkiem, że jest wyborem, a nie przymusem czy okolicznością.

Rozumiem św. Teresę, gdy mówi, że komfort nie może iść w parze z modlitwą, jednak po spontanicznym oporze nowicjuszy zastanawiam się nie tylko nad tym, który komfort jest przekleństwem, a który brak błogosławieństwem, ale i kiedy komfort służy modlitwie, a brak od niej odciąga. Bo gdy żołądek staje się zbyt ociężały, to serce może bije równomiernie, ale jakby wolniej, a myśli duchowe, choć pewnie swobodne, to jednak „rozmemłane”, pochodzą wyraźnie z niższej półki. Gdy w żołądku świszczy pustka bez perspektyw, nie z wyboru ale z konieczności, serce może bije szybciej, ale czy koniecznie głębiej? A myśli duchowe, może i wyraziste, ale czy nie zafiksowane na samej potrzebie? Tylko wybrany w wolności i zaakceptowany brak jest w stanie zwrócić się ku Dawcy. Podobnie samoograniczany komfort może stać się pożądanym minimum stabilności, by móc odczuć i pomyśleć wyżej niż żołądek. Upokorzeni nędzą wcale nie są lepsi od zdegenerowanych komfortem. Jedni i drudzy stają się odporni na relację, a więc i na modlitwę. Dzięki życiu pośród realnie biednych zacząłem zwracać uwagę na karmelitańskie todo bardziej niż na tak umiłowane nada. Widząc bowiem rozpalone pożądaniami umysły biednych, nie mam czasem odwagi mówić im o potrzebie oderwania, gdy nie mieli jeszcze okazji zasmakowania, czym jest przywiązanie. Na modlitwie jest podobnie, Bóg nie zabiera słodyczy, których człowiek jeszcze nie zasmakował, raczej pragnie obdarować, by rozmiłować w Sobie, a później zaprosić do marszu dla Niego samego. Bo w oderwaniu od miłostek, chodzi o coraz głębsze przywiązanie do Miłującego. Tak więc, brak, może stać się błogosławieństwem, gdy jest drogą ku pełni. 

Pewnego pięknego poranka, w centrum Johannesburga, siedmiu zapalczywych „braci” rzuciło się na mnie, zabierając mi wszystko. Widząc oddalający się plecak z całym moim poczuciem bezpieczeństwa, wpadłem w kilkuminutową panikę. Przez tydzień użalałem się nad własnym losem, opłakując materiały nie do odtworzenia, owoc kilkuletniej pracy. Po tygodniowej żałobie, odprawiając eucharystię, podczas niekończącego się dziękczynienia, przy śpiewie południowoafrykańskiego chóru kobiet 60 plus poczułem przynaglenie, by podziękować za niezrozumiałą stratę. Po zakończeniu mszy otworzyłem maila od skorumpowanego policjanta, świadka napadu, z zaproszeniem do odbioru komputera z zaginionymi materiałami. Nie mogąc wyjść z oszołomienia, zrozumiałem, że nie wystarczy coś stracić, ale trzeba tę stratę ofiarować, by brak stał się zyskiem.

Czytaj dalej w najnowszym numerze Głosu Karmelu…