Istotnym wsparciem jest też praca wolontariuszy na rzecz placówek misyjnych (praca pedagogiczna, pomoc medyczna, prace budowlane itp.). Każdy wolontariusz pokrywa ponadto koszt swojego przelotu i pobytu w Afryce. Pozwala to nie obciążać finansowo placówek misyjnych. SWM utrzymuje stały kontakt z salezjańskimi misjonarzami z Czarnego Lądu i za ich pośrednictwem stara się poznać rzeczywiste potrzeby misji, co przyczynia się do skonstruowania projektów adekwatnych do potrzeb. Aby zakwalifikowano nas do wyjazdu na misje, musieliśmy spełnić następujące warunki: pełnoletniość, znajomość języka angielskiego, a co najważniejsze czynny udział w działalności wolontariatu co najmniej przez rok (w tym również uczestnictwo w spotkaniach SWM), musieliśmy spełniać wymagania stawiane kandydatom do pracy na misjach i przede wszystkim mieć motywację do tego rodzaju "posługi" na rzecz bliźnich.
Pierwszy projekt zrealizowany pod patronatem naszej szkoły miał miejsce w 2001 r. Natomiast drugi (w którym już wzięliśmy udział) był realizowany w roku 2003. Sam wyjazd na Czarny Ląd to tylko ukoronowanie wielomiesięcznej pracy w Polsce. W okresie tym przygotowywaliśmy się mentalnie, a także zbieraliśmy fundusze na nasz projekt poprzez organizowanie wystaw w parafiach polskich oraz szkołach, a także chodząc po firmach w celu znalezienia sponsorów. W projekcie tym wzięło udział 5 osób, których zadaniem była pomoc przy budowie szkoły w Sereso oraz prowadzenie popołudniami oratorium dla dzieci i młodzieży. Koszt projektu wyniósł 20 tys. dolarów. Połowę tych pieniędzy zebrała nasza grupa, natomiast drugą cześć zebrała zaprzyjaźniona grupa ze szkoły katolickiej w Bonn, która wraz z nami realizowała tenże projekt. Po przylocie do Ghany większość z nas przeżyła szok. Ciepły klimat, dzika przyroda, bieda... Mimo wielu obejrzanych wcześniej filmów i przygotowań było to dla nas wielkim zaskoczeniem i ogromnym przeżyciem. Pierwszą cześć dnia do obiadu spędzaliśmy na budowie, pomagając miejscowej ludności we wszelkich pracach budowlanych, natomiast po południu chodziliśmy po wioskach, starając się uczyć miejscową ludność podstaw języka angielskiego, który jest ich językiem urzędowym lub ucząc dzieci podstaw higieny i matematyki. Najwspanialsze co nas spotkało to afrykańskie dzieci, mimo że biedne, głodne, brudne, to zawsze życzliwe i uśmiechnięte. Początkowo trudno było się nam przyzwyczaić do faktu, iż Afrykańczycy na wszystko mają czas. Nigdzie im się nie spieszyło, wszystko robili wolno i bez pośpiechu. W Ghanie jest nawet takie powiedzenie, że: "Europejczycy mają zegarki, a my mamy czas". Do wielu rzeczy musieliśmy się przyzwyczajać i je akceptować, gdyż jak wiadomo jeszcze wielu z tamtejszej ludności uprawia czary i wierzy w magię. W Ghanie można spotkać jeszcze tysiące rożnych wyznań i kościołów m. in. "Disco Christ Church" itp. Trzeba mieć na uwadze to, iż zadaniem misjonarzy jest rozpowszechnianie wiary chrześcijańskiej, a nie wykorzenianie z miejscowych ich kultury. Wieczorami wracaliśmy do Sunyani, gdzie mieszkaliśmy w internacie wraz z miejscową młodzieżą salezjańską, uczęszczającą do szkoły średniej i często tam spędzaliśmy czas na tańcach i poznawaniu własnych kultur. Paradoksem jest to, że pobyt ten dał nam dużo więcej niż my daliśmy tej małej afrykańskiej wiosce, gdyż od miejscowej ludności nauczyliśmy się bezkresnej wiary, radości z życia, nauczyliśmy się cieszyć tym, co mamy. Ludzie ci, mimo znacznie większych trudności w codziennym życiu są radośni, otwarci na świat, zawsze dzielą się tym, co mają...
Przez te 5 tygodni naszego pobytu udało nam się wylać fundamenty i pierwszy poziom oraz zaczęliśmy stawiać ściany. Po naszym wyjeździe dokończono budowę i dziś uczy się tam ponad 100 dzieci z pobliskich wiosek w buszu, które są nam i wszystkim darczyńcom ogromnie wdzięczne, gdyż ukończenie szkoły to ich jedyna szansa na godziwe życie w przyszłości. Cały wyjazd był dla nas ogromnym przeżyciem. Zostawiliśmy tam większość naszych ubrań, gdyż miejscowa ludność jest tak biedna, że często nie posiada własnego odzienia, lecz przede wszystkim zostawiliśmy tam nasze serca i przyjaciół, i mimo że minęło już kilka lat od powrotu, to nadal pragniemy pomagać misjom jak tylko możemy i każdy z nas pragnie jeszcze raz wrócić do miejsca i ludzi, z którymi spędziliśmy jedną z najpiękniejszych chwil naszego życia. Ghana i ghanijska ludność już zawsze będzie w naszych sercach.
Kasia i Krzysiu
Od prawie półtora roku razem z Bożeną mieszkam, jem, pracuję i ogólnie mówiąc żyję w Ghanie. Przebywamy tu z ramienia SWM-u. Pragnę przybliżyć wam nieco życie w Ghanie i podzielić się swoimi spostrzeżeniami, odczuciami i naszą pracą. Zdaję sobie sprawę, że trudno sobie to wszystko wyobrazić. Mnie również Ghana zaskoczyła jeszcze raz, chociaż w 2003 r. miałam okazje spędzić tutaj cały miesiąc. Dziś stwierdzam, że był to setny ułamek tego, czego można tu doświadczyć. Całkiem inną Ghanę można zobaczyć po wyjściu z lotniska, gdy widzi się duże miasto (stolicę Ghany - Akrę) dobrze rozwinięte i wciąż rozwijające się, a całkiem inną, gdy udajemy się coraz bardziej na północ. Zmienia się nie tylko krajobraz, roślinność, ale również widok ludzi. Inny świat, chociaż ta sama Ghana, palące słońce, woreczki unoszące się na wietrze i ciepła woda pod prysznicem bez podgrzewania. Im bliżej Tamale, tym bardziej zmienia się budownictwo i widok ludzi, na ulicach królują nie tylko samochody, ale i osły. Północ jest w większości muzułmańska, częste są widoki meczetów. W Gnani, małej miejscowości, spotkaliśmy się z misjonarzami pracującymi na północy, a wszystko pod dachem zasłużonego werbisty będącego już w Ghanie od 30 lat. Rozmowy, opowieści, cenne wskazówki i zwiedzanie okolicy na rowerze. Prawa ręka o. Józefa, Stephen oprowadził nas po domach mieszkańców, opowiadał o tutejszym życiu, w końcu zaprowadził nas do wioski czarownic. Wygnane za czary lub o to oskarżone, mieszkają w tym miejscu, gdzie zmagają się z trudną codziennością. Mogą uważać się za szczęściary, ponieważ wciąż żyją, podczas gdy zazwyczaj dzieci oskarżone o tę działalność kończą w inny sposób - złożone w ofierze. Gdy zdarzają się nieszczęśliwe wypadki, musi znaleźć się osoba, która rzuca uroki i przeważnie jest to ktoś z wrodzoną ułomnością, ktoś "inny". W wielu wioskach króluje zacofanie, zabobony, ludzie nie znają swoich praw, zwłaszcza kobiety. Panujące zacofanie doprowadza do zawierania poligamicznych małżeństw. Kobiety, młode dziewczyny, które zmusza się do małżeństwa, nie mają pojęcia o swoim prawie do godności i własnego życia. Bycie wykluczoną z rodziny za sprzeciw oznacza zaś brak pomocy i bycie samotną. Bardzo ciekawy jest sposób chowania zmarłych. Kiedy umiera staruszka, zostaje złożona na terenie domostwa, a staruszek przy domu, ale na zewnątrz, ponieważ tutaj mieszkali długie lata. Gdy umiera młoda kobieta lub chłopak, chowa się ich w buszu, ponieważ ich życie było za krótkie, aby mogli spocząć w domostwie. Natomiast zmarłe dziecko znajduje swoje miejsce na skrzyżowaniu dróg, aby duszyczka mogła zaczepić się o przechodzącą kobietę i na nowo się narodzić. Teraz skupię się na Sunyani, które tymczasowo zastępuje mi "dom", oraz na okolicznych wioskach, do których czasami udajemy się po niedzielnej mszy św. Ulice wyglądają bardzo różnorodnie i chociaż Sunyani nazywane jest "śpiącym miastem", to można powiedzieć, że życie tutaj toczy się przy ulicy. Główne ulice choć zasypane śmieciami mogą wywierać jeszcze dobre wrażenie, jednak kiedy wchodzi się w głąb uliczki, czyli wszystkie ubocza, "slumsy", wtedy zmienia się co nieco widok. Widzieliśmy, w jak kiepskich warunkach można mieszkać. Brudne dzieci wałęsają się przed domem, zbierając coś z ziemi i próbując to jeść. Czasem można je pomylić ze zwierzętami, które w podobny sposób tutaj żyją. Rodzice są zajęci pracą, co nie znaczy, że nie zajmują się swoim potomstwem. Często widzi się matkę pracującą, a na jej plecach małe dziecko. Również starsze rodzeństwo opiekuje się tym młodszym. Domy, zbite desek, zapewne zostaną zalane, gdy przyjdzie deszczowa pora. Małe, ciemne pomieszczenia, bez prądu i bez większego wyposażenia, pełne robactwa i brudu, są ",wspaniałym" mieszkaniem dla wielodzietnych rodzin. Życie w mieście bardzo rożni się od tego w wioskach. Mimo tych wszystkich smutków, jakie widzi przeważnie biały człowiek, życie tutaj dostarcza wspaniałych wrażeń, a na twarzach ludzi widzi się pełnię życia i radość. Skłamię, jeśli powiem, że każdy napotkany tutaj człowiek jest "święty", bo zdarzają się i różni cwaniacy, ale to jest ogólne wrażenie.
W "Boys Home" (placówka salezjańska z oratorium dla chłopców) wszyscy znajdujemy czas na modlitwę, pracę, naukę, zabawę, wygłupy, narzekanie i radość. Bóg nie jest anonimowy w naszym życiu, a to najlepszy początek do prawdziwej drogi z Nim. Tylko wiara, miłość i zaufanie w Panu pomagają trwać, a potrzebną energię mimo całego zmęczenia, można czerpać z radości. Zawsze kiedy ma się dobry humor, kiedy jest się szczęśliwym, ma się właśnie tę energię. Pamiętam, jak wracaliśmy ze spotkania w rocznicę kapłaństwa polskiego misjonarza pracującego w Bamboi, kiedy ks. Krzysiu zatrzymał się nagle na drodze, bo zobaczył kameleona. Tak się nim zachwycił, że podniósł go do góry i razem podziwialiśmy, jak zmienia się jego kolor. Taka prosta radość, a tyle szczęścia. To było niezwykłe. Zwykłe czynności, miłe słowa, spotkania czy sytuacje to wszystko daje radość, a radość to jeden ze składników szczęścia. Tak to jest, że naprawdę mamy wiele, każdego dnia otrzymujemy nowe dary, tylko czy to widzimy? Tam gdzie niektórzy widzą ciemność, inni widzą światełko nadziei, są tacy, co potrafią zobaczyć piękno w brzydocie albo spojrzeć inaczej na niebo. To od nas zależy, jak czytamy cuda i czy dajemy się zauroczyć pięknem Bożego stworzenia. Wierzę, że nic nie dzieje się bez powodu, zawsze jest jakiś sens (nawet jeśli my tego nie widzimy), gdy szukamy Jego woli we wszystkim. Mimo całego zgiełku zawsze powinien być czas dla Niego, choćby na krótką modlitwę. Po prostu w środku największego ruchu lub stresu, zatrzymać się, udać się w spokojne miejsce i zmówić chociaż krótką modlitwę albo porozmawiać z Jezusem jak z przyjacielem. To pomaga. Człowiekowi jest najciężej, kiedy z naszego życia znika nadzieja, wiara w Chrystusa. Tylko w Nim odnajdujemy prawdziwe szczęście, nawet w cierpieniu i bólu. Generalnie czuję radość, życie to cudowny dar, a tak często tego nie widzimy. To wspaniale, że możemy się śmiać, skakać z radości, smucić czy cierpieć, latać i boleśnie spadać. To jest życie. Kiedy cichy i spokojny Simon tańczy podczas party ? uchodzi to za cud. Kiedy coraz bardziej zmieniający się Philemon dojrzewa do wielkich czynów; kiedy umiejący już czytać Thomas albo niepijący już Charles włączają się do wspólnej pracy. Kiedy widzę, jak chłopaki się otwierają, coś we mnie rośnie. Są naszą dumą, naszym szczęściem. Każdy z nas jest dla Boga. Kochać i pozwolić prowadzić się tej miłości. To wymaga dużej odwagi i całkowitego zaufania. Myślę, że my też tak potrafimy, tylko musimy otworzyć nasze serca i dać się poprowadzić. Zostawić wszystko i podążać za Chrystusem. Każdy z nas musi to przesłanie odczytać dla siebie. Dla każdego jest ono inne. Każdy ma w sobie zarodek miłości i wiary, tylko czasem w to nie wierzymy albo nie chcemy słuchać wewnętrznego głosu. Powoli odkrywam coś wspaniałego. "Bez Chrystusa człowiek nie pozna siebie w całej pełni, nie będzie wiedział do końca, kim jest i dokąd zdąża". Te słowa Jana Pawła II są realne i prawdziwe. Ja się właśnie o tym przekonuję i jeszcze długa droga przede mną. Długa droga w "Boys Home" wśród naszych nieśmiałych i czasem buntowniczych chłopaków.
Maryna
Młodzi
Przed Panem! (10)

Czasopismo | Redakcja | Przyjaciele | Dystrybucja | Współpraca | Kontakt | Linki Strona główna | Wstecz | Do góry
Copyright © 2007 by Głos Karmelu, projekt i wykonanie serwisu: Indecity